Tag

czekolada

Przeglądanie

Karmello – czekoladowa kawiarnia pełna pralinek, tabliczek czekoladowych i wszystkiego co tylko ma związek z czekoladą. Jak mogłam tam nie wejść? Dodatkowo sprawdziliśmy, że Karmello ma też swoje punkty w innych miastach w Polsce, między innymi w Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu. Dzięki temu post, który już wtedy powstawał w mojej głowie ma większą rację bytu – więcej z Was może skosztować ich pyszności w różnych miastach. Czytajcie zatem nasze bardzo czekoladowe wspomnienie krakowskie i zobaczcie, co ciekawego jedliśmy w Karmello.

Niedawno zobaczyłam gdzieś informację, że niebawem będziemy obchodzić Światowy Dzień Pieczenia. Oczywiście nie zapamiętałam wtedy dokładnej daty. Wujek Google podaje niestety kilka różnych opcji, między innymi 18 i 21 maja. Nie zważając jednak na konkretną datę postanowiłam upiec coś bardziej kreatywnego ;). Wśród owoców znalazłam melona, w lodówce jogurt i masło, a kakao i mąkę zawsze mam w szafce. I tak oto powstał przepis na czekoladową tartę z melonem. Była to bardzo inspirująca i ciekawa przygoda ;). 

Przez cały dzień chodziło za mną coś słodkiego, ale wyjątkowego (czekolada w kostkach nie wchodziła w grę). Coś co na pewno ma w sobie czekoladę. Już chciałam brać się za brownie, albo inne mocno czekoladowe ciasta, ale mąż rzekł „jestem na diecie i staram się nie myśleć o słodkim”. Więc jakże to tak miałabym zajadać się pysznym ociekającym czekoladą brownie patrząc mu prosto w oczy? Serce pękło mi na samą myśl. Wymyśliłam więc „figową moc”, czyli zdrowy deser mocno figowy. Ale nie tylko figowy. Co znajdziesz tam jeszcze? Nie martw się, z czekolady nie zrezygnowałam ;).

Dzisiaj mam dla Was krótki post o kawiarni Sweet Surrender, w której odbyła się druga transmisja na żywo. Przyznaję bez bicia, że transmisja nie była udana. Jestem świadoma, że jest okropnie nudna (jedynie fragment, w którym pani opowiada i parzy kawę metodą pour over jest ciekawy) i długa. Nie dziwię się, że nie chcecie jej oglądać i podziwiam wszystkich, którzy obejrzeli ją od początku do końca. Ja to zrobiłam raz i udało się tylko dzięki temu, że w lodówce było wino ;). Na szczęście wyciągnęłam lekcje i uczę się na błędach. Mam nadzieję, że kolejne transmisje wyjdą dużo ciekawiej :). W dzisiejszym poście nie ma za dużo zdjęć i na żadnym nie widać czekolady ani kawy, ponieważ nie planowałam pisać tego posta. Znaczy to dla Was tyle, że musicie się tam wybrać i przekonać samodzielnie ;).

Od tygodnia jestem na detoksie czekoladowym. Dlaczego? Kolejny raz w tym sezonie zimowym dopadło mnie samopoczucie zwane chorobowym. Znacie to na pewno. Zaczyna się niewinnie od lekkiego bólu gardła, potem nagle okazuje się, że temperatura ciała jest nieco wyższa niż zazwyczaj, a następnie odwiedza nas nieproszony gość, zwany katarem i gości się całe 7 dni. Sposobów na przeżycie choroby jest sporo. Jedne są naturalne, inne mniej. Kto co lubi. Ja jestem typem „nie-bracza” leków, więc gorączkę zbijam dopiero, gdy wynosi ponad 38 stopni. W czasie chorobowym wspomagam się jedynie rutinoscorbinem i witaminą C 1000. Oprócz tego próbuję leczyć się naturą, np. popijając napar imbirowy

Podróż zakończona. Baterie osobiste (o których pisałam tutaj) w miarę naładowane. W miarę, bo słońca było dość mało i prawie codziennie padał deszcz. Z racji tego, że nie lubię takiej pogody moje wrażenia były nieco… hm spokojniejsze. Portugalia dalej jest dla mnie cudownym krajem, ale zdecydowanie bardziej podoba mi się Porto i mniejsze miejscowości :).  Mimo wszystko wyprawa przypomniała mi jak wiele cudów zdarza się na Ziemi i wcale nie trzeba ich daleko szukać! 😉 Poniżej znajdziecie duuuuużo zdjęć (a będzie jeszcze więcej!) i krótki opis moich przeżyć. Zobaczcie jakie cuda mnie spotkały!

Podział obowiązków w kuchni w naszej rodzinie jest prosty: Mąż gotuje/smaży/piecze… hm… robi obiad, ja natomiast jestem od deserów, słodkości, kaloryczności i wszystkich tych smakołyków. Czasem się wymieniamy, ale zazwyczaj na zasadzie, że ja zrobię obiad. Wczoraj było odwrotnie. Mąż zrobił babeczki. Sam. Wysłuchał tylko moich rad odnośnie proporcji. Co w tym nadzwyczajnego? W sumie nic. Po prostu spełnił zachcianki swojej żony, która sama upiec by nie mogła, bo ręka jej po zderzeniu z lodem jeszcze wymaga odpoczynku i nie radzi sobie ze wszystkim. No właśnie – nic nadzwyczajnego. To po co o tym piszę?…