Muszę wymyślić sobie nowe marzenie. Od paru lat miałam takie jedno bardzo proste do spełnienia, ale nie wiedzieć czemu nadal pozostawało w sferze marzeń. Nadchodził długi weekend, a mój mąż cieszył się świeżutkim prawem jazdy. Cóż więc mogło stać się innego? Jakiś wyjazd krążył nam po głowie już dość długo. Ale takiego zakończenia się nie spodziewałam! Podśmiechiwaliśmy się tylko lekko, że zajedziemy aż tam. A tu proszę… 😉

Pakuj się! Jedziemy w świat!

Decyzja podjęta. W czwartek popołudniu, gdy Kuba skończył pracę wyruszyliśmy na przejażdżkę. Gdzie nas poniesie? Się okaże. Myśleliśmy, że może nad morze, ale deszcz nas odwiódł. Postanowiliśmy, że jedziemy w stronę Wrocławia i potem zobaczymy. Trzeba się jakoś spakować. Wzięliśmy wygodne, ale w miarę wyględne ubrania, które sprawdzą się w pogodę i niepogodę. Nie przemyślałam tylko obuwia i mieliśmy małe przygody z tym związane, ale dzięki temu moja szafa powiększyła się o kolejną parę trampek ;).

Nocleg? Kuba wymyślił, że spać możemy w samochodzie. Przed wyjazdem wszystko sprawdził. Złożył tylne siedzenia, położył materace z leżaków ogrodowych i zorganizował wszystko tak, że powstało całkiem spore łoże ;). Ile nocy tak spędzimy? Nie wiedzieliśmy. Stwierdziliśmy, że po pierwszej zobaczymy, ale nastawialiśmy się, że na środkową noc wynajmiemy pokój.

Spakowaliśmy jeszcze wodę, orzeszki i jakieś batoniki, które znaleźliśmy w szafce. Na drogę starczy, nie umrzemy z głodu ;). Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy! Jechało się bardzo dobrze. Drogi puste, bo wszyscy wyjechali rano. Podróż mijała nam tak dobrze, że… minęliśmy Wrocław ;).

Kierunek: spełniamy marzenia!

Podjęliśmy decyzję. Jedziemy do Krakowa! W mieście tym byłam już kilka razy, w tym raz na 16 dni. Od pierwszego wejrzenia pałam do niego ogromną miłością. Czuję się tam jak u siebie. Nie mam pojęcia dlaczego przez dobrych parę lat mnie tam nie było. Pociąg z Poznania do Krakowa jedzie około 5 godzin. Mogłam być już tam setki razy. Trwałam jednak w tym przeświadczeniu, że moim marzeniem jest wrócić do Krakowa. I chyba było mi z tym dobrze. Oswoiłam się z tym, że mam takie marzenie. Nie chciałam go realizować. Miło jest marzyć o czymś tak konkretnym. Chyba z tego względu miałam ambiwalentne uczucia co do wyjazdu do Krakowa. Nawet już w samochodzie za Wrocławiem nie wiedziałam, czy mam się cieszyć, czy nie. Było to bardzo dziwne odczucie.

Pierwsze zdjęcie zrobione w Krakowie :).

Kiedy zatrzymaliśmy się na ulicy Pijarskiej, zaraz obok miejsca, w którym mieszkałam… poczułam się ogromnie szczęśliwa! Zupełnie nie przeszkadzało mi to, że przez godzinę (00:30) mogliśmy zjeść jedynie pizzę na kawałki w kebabie obok Rynku. Nie przeszkadzało mi zupełnie to, że noc w samochodzie nie była najwygodniejszą formą spania. Chciałam wstać jak najwcześniej i jechać do miasta! Marzenie spełnione! Jestem w Krakowie!

Klimat krakowski

Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie – liczba turystów bardzo by to utrudniała. Zależało nam tylko na tym, by poczuć ten magiczny klimat. Odwiedziliśmy Rynek, Wawel i przepiękny Kazimierz. W tej cudownej żydowskiej dzielnicy zakochaliśmy się niezmiernie. Tyle pięknych miejsc! Wszystko w nawiązaniu do kultury żydowskiej. Zjedliśmy pyszną kolację w przepięknej scenerii w restauracji Hamsa i posmakowaliśmy przeróżnych serków (których nazwy nie zapamiętałam) oraz humusu. Przekąski podane były na talerzy w kształcie ręki, co nazwa się dłonią Fatimy. Każdy z nas dostał papierową podkładkę, na której mogliśmy przeczytać opisy podstawowych dań żydowskich.

Tak jak myśleliśmy, środkową noc spędziliśmy w wynajętym pokoju. Trafiło nam się doskonale. Gdzieś w czeluściach internetu znaleźliśmy Apartamenty Trzy Kafki, zadzwoniliśmy i zarezerwowaliśmy ostani wolny pokój. Lokalizacja okazała się doskonała. Parę minut od Rynku, 5 min od Wawelu i 10 min na Kazimierz. Ceny bardzo przystępne, szczególnie jak na długi weekend. Pokoje czyste, schludne i klimatyczne. Wszystkie mieszczą się w starej kamienicy z zabytkową windą, niestety już nie jeżdżącą. Więcej na temat tych apartamentów przeczytacie tutaj: www.trzykafki.pl

Typowo krakowski klimat poczuliśmy w Piwnicy pod Baranami. Kawiarnia jest otwarta od 11, więc musieliśmy chwilę przeczekać. W między czasie poszliśmy do kawiarni Camelot – `Kuba miał ochotę na kawę mrożoną. Mieliśmy usiąść tam tylko na chwilę, wypić i iść dalej. Było zimno i co chwilę coś kapało z nieba. Ja zamówiłam sobie herbatę z lipy i rumianku „na rozgrzanie”. Nie doczytałam, że herbata ta była mrożona :D. Niemniej – była bardzo smaczna.

Wybiła godzina 11. Weszliśmy do Piwnicy. Magia. Czar. Niesamowity klimat. Świadomość tego, jakie koncerty i osobistości tam bywały dodawały uroku. Do tego zjedliśmy przepyszną szarlotkę na ciepło z lodami i bitą śmietaną oraz tartę kajmakową z granatem. Byłam w niebie! Mimo, iż pod ziemią 😉. Klimat tego miejsca dla kogoś, kto zna jego historię i jest miłośnikiem tego typu sztuki, muzyki, poezji jest tak wyjątkowy, że nie da się go opisać słowami. Trzeba tam po prostu być i delektować się tym co się odczuwa. Żałuję, że nie było nam dane uczestniczyć w koncercie, ale wiem doskonale, że niebawem wrócimy do Krakowa właśnie po to :).

Słowacja

NIenajlepsza pogoda i ilość turystów przekonała nas do tego, by w sobotę ruszyć dalej. Ja nastawiałam się na wycieczkę „w górę”, czyli w stronę domu. Mąż mój jednak postanowił inaczej. Zdecydował, że musi zobaczyć tatry. Wybrał Słowację. Mieliśmy zatrzymać się w jednej z pierwszych miejscowości, ale brak możliwości płacenia kartką w jedynej otwartej pizzerii (których na Słowacji jest pełno!) oraz brak bankomatu zmusiły nas do jazdy dalej. Ostatecznie dotarliśmy do miasta Poprad, ale zjedliśmy w miasteczku wcześniej, również w jednej jedynej czynnej o tej porze (godz. 22) pizzerii. Na szczęście mieli smażony ser :).

Cudowne w tym kraju jest to, że można ze Słowakami rozmawiać po polsku. Każdy mówi w swoim języku i wszyscy wiedzą o co chodzi. Właśnie w ten sposób dowiedzieliśmy się, gdzie znajdziemy stancję benzynową, na której spędziliśmy noc. Za płotem, przy którym stał samochód pasły się krówki. Na nocleg dotarliśmy w ostaniej chwili, gdyż między 12 a 1 w nocy stacja była zamknięta. My zjawiliśmy się tam o 23:55. Rzutem na taśmę, ale się udało.

Widok z okna apartamentu 😉

Widoki… brak słów. W pierwszą stronę była duża mgła, więc więcej mogliśmy sobie wyobrażać niż podziwiać. Drugiego dnia natomiast niebo zaczęło się przejaśnieć i udało się nam zachwycić kilkoma krajobrazami. Największą atrakcją wyjazdu górskiego były oczywiście owieczki, które przyszły się z nami przywitać, gdy zatrzymaliśmy się ustawić nawigację. Dzięki temu upewniłam się, że owce to moja ulubione zwierzęta.

Selfie z owcą

Kolejne marzenie?

Gdy zaczęłam pisać ten post zrozumiałam, że nie muszę szukać nowego marzenia. Mimo, iż dopiero co wróciłam z Krakowa, chcę tam znów wrócić. Jest to miasto, do którego zawsze będę tęsknić. Nie potrafiłabym jednak tam zamieszkać na stałe. Na zawsze Kraków zostanie moim miastem marzeń, do którego będę wracać raz na jakiś czas. Mam nadzieję, że częściej niż co 5 lat ;).

Powstanie jeszcze parę postów związanych z tym wyjazdem, m.in. na temat czekoladowej kawiarni Karmello, którą odwiedziliśmy. Wyjazd ten był dla mnie na tyle spontaniczny i pełen wrażeń, że opisanie tego wszystkiego było niełatwym zadaniem :). Wspomnienia zostaną ze mną na długo. Część z nich mocno prywatna i dzięki temu pełna uroku. Życzę Wam takich wspomnień i częstych spontanicznych wyjazdów!

Jeszcze „mała” dawka zdjęć 🙂
Uniwersytet Jagielloński – aż chce się tam studiować!
Uliczka obrazów 🙂
Wawel bez deszczu
Wawel w deszczu ;).
Wawelskie uliczki
Zachwycające róże pod zamkiem.
Po drodze na Słowację wstąpiliśmy do Opactwa Cystersów w Strzyżycu.

I na zamek w Dobczycach.
Pogoda odstraszyła turystów, więc byliśmy prawie sami :).
Cudne krajobrazy górskie.
Słowacka krówka :).

I na koniec widok na Vysokie Tatry :).

 


Podoba Ci się post? Uważasz, żę komuś się może przydać? Udostępnij go na Facebooku i pokaż go znajomym.

2 komentarze

Skomentuj